wtorek, 4 grudnia 2012

Rozdział I


Nie mam czego już tu szukać. Nie w tym domu. Nikt mi nie wierzy. Bo po co? Przecież jestem 16-letnią smarkulą, a dziewczyny w moim wieku tylko kłamią i buntują się… Teraz odjeżdżam taksówką spod domu. Kierowca dziwnie się na mnie patrzy. Co? Nigdy w życiu nie widział zapłakanej nastolatki, która chce uciec z domu? Przecież w tych czasach to ponoć norma.

- Ile masz lat, dziewczynko?- zapytał mężczyzna za kółkiem koło 60- tki

- Wystarczająco dużo żeby doznać wiele zła- powiedziałam.

- Jakiego zła?

- To już moja sprawa.

- Każdy problem da się rozwiązać. Uwierz mi. Mam już parę lat na karku i wiem co mówię. Może rodzice Ci pomogą…

- Rodzice? Niech mnie pan nie rozśmiesza. Przez nich właśnie jestem w tym stanie. Przepraszam, ale nie chcę o tym rozmawiać i to w dodatku z obcym mężczyzną, która kompletnie mnie nie zna- odparłam i wpatrywałam się jak po szybie ‘’ścigają się’’ krople deszczu. W dali zobaczyłam błysk pioruna. Kocham burze. Wręcz je uwielbiam… Lecz ta deszczowa noc jest najgorszą jaką kiedykolwiek przeżyłam. Kiedy wrócę wspomnieniami to tego co stało się przed chwilą bierze mnie na wymioty… Ugh… Nie. Muszę o tym zapomnieć… muszę…

- Jesteśmy na miejscu- powiedział kierowca.

- Dziękuję, ile płacę?

- 15 funtów- odparł, a ja wyciągnęłam ze starego ,skórzanego portfela podaną kwotę.

- Dobranoc- powiedziałam i wyszłam z auta, podeszłam do bagażnika i wyjęłam moje rzeczy.

- Może poczekać z Tobą na pociąg?

- Nie dziękuję, nie trzeba.

- Ale jest…

- Tak wiem. Jest prawie 2 w nocy, ale ja nie mam takiej potrzeby. Naprawdę. Dziękuję i dobranoc.

- Dobranoc. Uważaj na siebie.

- Nie obiecuję- powiedziałam do bardziej do siebie niż do niego, bo zdążył już odjechać swoją czarną taksówką. Podeszłam do kasy, w której siedziała młoda blondynka.

- Jeden bilet do Chomes Chapel- powiedziałam.

- Najbliższy będzie za 15 minut- odpowiedziała z uśmiechem na twarzy.

- Dobrze. Ile płacę?

- 50 funtów.- odparła, a ja wyciągnęłam po raz kolejny portfel mojego ojczyma. Tak zwinęłam mu kasę przed ucieczką. Kieszonkowe nie byłoby wystarczające. Oszczędziłam mu już te jego złote karty kredytowe, które wielbił nad życie… Sukinsyn jeden…

- Halo?- ktoś mnie wyrwał z moich jakże głębokich przemyśleń

- Słucham?

- Oto pani bilet- odpowiedziała lekko zdziwiona , a może zmartwiona pani z okienka.

- A. Tak- zapłaciłam za bilet i powędrowałam na peron. Nikogo poza mną nie było na stacji. W sumie to i dobrze. Wolę być sama niż z grzeczności z kimś rozmawiać. Pamiętam, że jako dziecko byłam bardzo zaintrygowana ludźmi, którzy ni stąd ni zowąd zagadują innych. Zawsze było mi ich żal. Uważałam, że są bardzo samotni i nie mają z kim rozmawiać, dlatego przychodzą na stację pociągową i rozmawiają z przypadkowymi osobami spędzając w tym miejscu calutki dzień… W sumie to prawda, ale raczej nie przychodzą tu specjalnie, ale co tam 4- latek może wiedzieć? Dzieci zazwyczaj wymyślają dziwne rzeczy i mają swój pogląd na świat. Ile oddałabym za to żeby znów być małą dziewczynką, która wymyślała różne rzeczy, była brudna od czekolady i miała zawsze zadrapane kolana, które byłe oznaką dobrej zabawy. Niestety ja bardzo szybko dorosłam… Nawet za. Ale jak to się mówi : „Life is Brutal”. A może zamiast „Life” powinno być „World”?

Przede mną nagle wyrósł pociąg, który miał mnie wybawić z tego miejsca. Londyn to piękne miasto. Uwielbiam je, ale na razie mam z nim same złe wspomnienia, które jak na razie za nic nie chcą opuścić mojego umysłu… Pospiesznie złapałam za walizkę oraz torbę i wsiadłam do pociągu. Nie musiałam długo szukać pustego przedziału. Swoje bagaże włożyłam na górę i z ulgą usiadłam w fotelu. Skorzystałam z faktu, że jestem sama w przedziale i położyłam nogi na drugi fotel. Po chwili usłyszałam gwizdek i powoli odjechaliśmy. Za 3 godziny miałam być w Chomes Chapel. Wyjęłam odtwarzacz MP3 i włożyłam słuchawki. Włączyła się dobrze znana mi piosenka… a mianowicie River Emeli Sande… Tyle wspomnień z nią związanych. Ulubiona piosenka mojej mamy. Nagle mój telefon zaczął wibrować. O wilku mowa. Mama. Teraz to się będziesz martwić, nie? Ha! Chciałabyś żebym odebrała. Wręcz marzysz. Niestety wiem o istnieniu czerwonej przycisku, który odrzuci Twoje połączenie. Voilá. Wyłączyłam głos w telefonie i chwilę oddałam się w ramiona Morfeusza, który ukoił moje nerwy.

 

Poczułam jak ktoś mną lekko szturcha.

- Przepraszam?

- Słucham?- zapytałam lekko zaspana.

- Bilet do kontroli- odpowiedział prawdopodobnie konduktor.

- A. Tak- wyjęłam z tylnej kieszeni moich czarnych rurek kawałek papieru zwany biletem- Proszę.

- Dziękuję- mężczyzna skasował go i oddał- do Chomes Chapel zostało pół godziny-uśmiechnął się.

- Dziękuję za informacje- powiedziałam.

- Nie ma za co- rzucił przez ramię wychodząc.

- Jedziesz do Chomes Chapel?- zapytał ktoś w przedziale , na co zareagowałam nerwowympodskokiem w fotelu.

- Skąd ty tutaj do cholery się wziąłeś?- zapytałam zbulwersowana faktem, iż nie miałam pojęcia o istestwie drugiej osoby w przedziale . Przy drzwiach siedział chłopak w kapturze i okularach… Nie ukrywam, że cholernie się bałam.

- Wszedłem kiedy spałaś. Nie chciałem Ciebie budzić… bo ten… wyglądałaś na zmęczoną… wiem jak to jest więc…- zaczął gadać głupoty.

- Aha… Dobrze wiedzieć… A co do Twojego pytania. Tak. Jadę do Chomes Chapel.

- Też tam jadę. Do domu.

- Po co mi to mówisz?- zapytałam

- Sam nie wiem.

- Przepraszam, że to mówię, ale dziwny jesteś- powiedziałam prosto z mostu, na co on zareagował śmiechem- No co?

- W towarzystwie dziewczyn taki jestem… Nie wiem co powiedzieć. Gadam bez ładu i składu.

- Najlepiej nic nie mów- odparłam bezczelnie i oschle przez co nie odzywał się przez resztę jazdy. Te pół godziny było najdłuższym pół godziny w moim życiu. Pożałowałam tego, że tak powiedziałam. Idiotka ze mnie. Nie wiem co mi odbiło. To wszystko przez ten incydent… To jak? Wracamy do głębokich przemyśleń na temat mojego ojczyma?... Nie! On nawet nie jest wart tego żebym go obrażała… Po chwili pociąg się zatrzymał. Sięgnęłam po moje bagaże i pospiesznie wyszłam z pociągu. Złapałam taksówkę i pojechałam do niej. Do mojego Anioła Stróża. Nie minęło 10 minut kiedy samochód zatrzymał się przed białym domku ogrodzonym białym płotem. Zapłaciłam kierowcy należytą sumę i razem z moimi bagażami przeszłam przez białą, dębową furtkę. Wąziutką ścieżką, jak zwykle w nocy oświetloną małymi lampkami, podążyłam ku , także białym, majestatycznym , rzeźbionym drzwiom za którymi czekała na mnie pewna osoba. Hmm… trudno powiedzieć, że czekała, skoro nie miała pojęcia o moim przybycie. Pokonałam pięć schodków i stanęłam przed drzwiami. Wyprostowałam się i wziełam głęboki oddech. Poczułam , tak zwane, motyli w brzuchu i zapukałam trzy razy. Po chwili ze środka dało się słyszeć szczekanie psa i kroki. Na moment hałas ustał , a kilka sekund potem drzwi otworzyły się i moim oczom ukazała się znajoma , uśmiechnięta twarz. Twarz za którą tak bardzo tęskniłam i pragnęłam ją zobaczyć. Od razu poczułam się lepiej. Wszystkie moje zmartwienia odeszły i przyszła fala radości i szczęścia. Jej siwe długie, zadbane włosy opadały na ramiona. Pomarszczona twarz była przybrana w uśmiech, który dawał Ci do zrozumienia , że przy tej osobie nic Ci się nie stanie. Uwagę przykuwały wiecznie młode oczy , których barwa była niesamowita. Kolor była autentycznie w kolorze lapis lazuli.

- Vivi?- odezwała się swoim anielskim głosem

- Amelia- powiedziałam zadowolona, po czym poczułam łzę na moim policzku, którą szybko starłam.

- Jak ty wyrosłaś!- odparła z niedowierzaniem kobieta , ujmując moją twarz w ręce- To naprawdę ty złotko?

- Tak Bree, to ja. Twoja mała Vivi.

- Wchodź to środka dziecko moje drogie, bo jeszcze mi się przeziębisz , a tego nie chcemy- zaśmiała się- Chester! Piesku! Zobacz kto przyjechał!- krzyknęła staruszka w głąb domu , zamykając za nami drzwi. Nie trzeba była długo czekać na domowego zwierzaka, który jak zawsze musiał na mnie skoczyć  , powodując mój upadek. Tradycja.

-Witaj Chester- zaśmiałam się- Widzę, że nie zmieniłeś swoich przyzwyczajeń związanych z witaniem gości, huh?- zapytałam go , na co husky odpowiedział mi głośnym szczeknięciem.

- Chester! Ty urwipołciu ! Złaź z Vivi! Ach… Z Tobą same kłopoty, ale co ja bym bez Ciebie zrobiła- Bree uklęknęła przy psie, który jej wesoło ‘’odpowiedział’’.

- Rozbierz się , a ja zaparzę naszą ulubioną herbatę, założę się , że masz mi wiele do opowiedzenia- krzyknęła Bree kierując się w stronę kuchni.

Wtedy poczułam , że moje życie przewróciło się o 360 stopni. Z wiecznie hucznego Londynu uciekłam do tej małej mieścinki Homes Chapel , w której nie odwiedzałam bite pięć lat. Jestem teraz inna. Wszystko jest inne. Na szczęście mój Anioł jest nadal taki sam. Teraz musi mi tylko pomóc przywrócić dawną mnie, abym znów zaczęła słuchać, patrzeć i oddychać tak jak kiedyś. Wiem, może być już za późno , ale …lepiej późno niż wcale. Czyż , nie?
************************
Pierwszy rozdział napisany, a pod Prologiem nie ma żadnych komentarzy... Seriously?... >smutek<
Twoja
Victoria Hazel

sobota, 1 grudnia 2012

Prolog


Kiedy wszyscy przyjaciele się od Ciebie odwrócą masz rodzinę. Lecz do kogo możesz się zwrócić kiedy rodzina także od Ciebie odwróci? Co wtedy zrobić? Nie masz wtedy nikogo. Chyba, że jest taka osoba, która nie jest ani Twoim przyjacielem, ani rodziną. Osoba bliska Twojemu sercu. Tak jakby Anioł Stróż. Taką osobę mam właśnie ja. Kiedy wszyscy mnie porzucili, została mi tylko ona. Ta jedna istota na świecie wiedziała co w tej chwili czuję. To ona prawdopodobnie nauczy mnie ponownie jak kochać, ufać, cieszyć się każdą chwilą mojego życia. Będzie to trwać długo, ale ona zapewne się nie podda. W sumie nie tylko ona. Może pojawią się kolejne osoby, które będą chciały ‘’przywrócić mnie do życia’’. Tak jak zawsze będą wzloty i upadki. Ale ,teoretycznie, co Ciebie nie zabije to Ciebie wzmocni, czyż nie? Teraz trzeba czekać na to ,aby sprawdziło się to również w praktyce.


*******************************
Tak więc, zaczynam nową historię, nowe życie. Mam nadzieję, że spodoba Ci się, mój drogi Czytelniku, bo to ty mi dajesz motywację do dlaszego pisania i pozostaniu w świecie bloggera.

Twoja
Victoria Hazel