sobota, 13 kwietnia 2013

Rozdział IV

- Ale ja nie mogę iść, jest tyle do zrobienia w domu- jęczała od pół godziny Amelia.
- Masz zamiar porzucić swoje szanse na szczęście tak jak ja? Poza tym. Spójrz w lustro. Chcesz zmarnować takie dzieło sztuki?- Chester zawtórował szczeknięciem- Widzisz? Nawet pies jest po mojej stronie- zaśmiałam- A co do gotowania, to nie jestem aż tak niedorozwinięta, żebym nie zrobić makowca czy inny świątecznych potraw. Przecież uczyłam się od mistrzyni- puściłam jej oczko.
-Ale...- spojrzałam na nią złowieszczo, a husky zawarczał lekko- No dobra, dobra. Pójdę! Zadowoleni?- uśmiechnęła się radośnie.
- Ty wiesz jak uszczęśliwić człowieka- zaśmiałam się.
- Tylko mi domu nie spal- pogroziła mi palcem.
- Ja? No ty chyba żartujesz! Ja jestem urodzonym szefem kuchni- zaczęłam się śmiać ze swoich własnym słów.
- No dobrze, ale przyślę Ci kogoś do pomocy.
- Chyba wiem kto będzie moim pomocnikiem...
- Bez dąsów- dotknęła mojego nosa. Pospiesznie ubrała płaszcz, buty i beret- Będę o 22, ale gdyby coś się działo , to dzwoń.
-Dam sobie radę- zapewniłam.
- To dobrze, myszko- ucałowała mnie w czoło i wyszła. Włączyłam na cały regulator Jay-z No church in the wild. Po chwili ogarnęło mnie uczucia samotności. Rozglądnęłam się po dużym pokoju. Nikogo. Żadnej żywej duszy, oprócz mojego towarzysza Chestera. Amelia obiecała kogoś przysłać, a ja już wiem kim będzie Ten Ktoś... Nikt inny jak Harry Styles. Część mnie chce aby tu był, a druga życzy mu najgorszych rzeczy... Od trzech miesięcy mam w sobie pewny stosunek do mężczyzn. Każda istota rodzaju męskiego wzbudza we mnie odrazę i odpycha. Próbuję trzymać się od nich z daleka. Od 16 września godziny 23.43 mężczyźni to dla mnie oznaka zła, nieszczęścia i bólu. Tak, niestety zapamiętałam datę, a nawet godzinę tego feralnego zajścia. Wydarzenia , które dosłownie wywróciło moje, dotychczas w miarę znośne, życie o 180 stopni. Wszystko się zmieniło. Moje poglądy, uczucia, sposób myślenia , a najbardziej charakter i zachowanie. Z miłej i uprzejmej dziewczyny zmieniłam się w bezduszną, ukrywającą swoje uczucia, nie umiejącą zaufać istotę. Z zewnątrz jestem człowiekiem, nastolatką, kobietą. W środku jestem zepsutą, połamaną zabawką, a nawet marionetką, która bez czyiś rad nie da rady. Stanęłam przed lustrem spoglądając w swoje zielone oczy. Złamano mnie tak łatwo. Trudniej z odbudową, przywróceniem sprawności... Otrząsnęłam się ze swoich przemyśleń, wracając do rzeczywistości. Ponownie spojrzałam w lustro. Uśmiechnęłam się pod nosem zauważając iż nadal jestem przyodziana w piżamę. Podeszłam do szafy. Po chwili zastanowienia wybrałam czarny dziany sweter oraz marmurkowe jeasny z małymi czarnymi krzyżykami. Włosy uczesałam w wysoki kucyk. Zeszłam na dół i wpadłam do kuchni. Okej, farsz do makowca gotowy. Zajrzałam do lodówki. Ciasto też. Nie pozostaje w takim razie nic innego jak podwinąć rękawy i wziąć się do roboty! Ciasto podzieliłam na 4 porcje. Rozgrzałam piekarnik i  rozsypałam mąkę na blacie po czym rozpoczęłam wałkowanie. Wylałam mak na środek, brzegi wysmarowałam białkiem jajka i zaczęłam powoli i delikatnie zawijać. Yay! Udało mi się. Głupi zawsze ma szczęście. A moja głupota przekracza wszelkie granice. Usłyszałam dzwonek do drzwi, w efekcie czego ze strachu wysypałam na siebie połowę szklanki mąki. Zabije, uduszę, zakopię, odkopię, poćwiartuję i znów zakopię. Z grymasem na twarzy otworzyłam frontowe drzwi. Kiedy zobaczyłam mojego nieoczekiwanego, a jednak oczekiwanego, gościa, przypomniałam sobie obietnice Amelii.
- Cześć Harry...- powiedziałam nieśmiało, a on tylko się uśmiechał. Uniosłam lekko brew do góry, uświadamiając mu, że dziwnie się zachowuje.
- Cześć Vivi, yyy, mogę tak na Ciebie mówić?- pokiwałam twierdząco głową- Yyymm, mogę wejść?
- A tak jasne.- odsunęłam się lekko w bok, a kiedy Szanowny Pan Styles wkroczył na posesję, zamknęłam drzwi.
- Chyba pomyliłaś święta- zaśmiał się, a ja stałam zbita z pantałyku- Halloween było w październiku. Nie musisz robić z siebie ducha- wyjaśnił, a ja zaśmiałam się przypominając sobie iż jestem cała wysmarowana mąką. Szybko wytarłam ją z buzi.
- Nie próbuj być śmieszny.- powiedziałam znudzona.
- Ok, w takim razie mogę już wyjść, widzę, że nie chcesz zacząć od nowa.- zmierzył do drzwi. Co ja robię?! Dostaję drugą szansę i wszystko spieprzam. Złapałam go za łokieć i pociągnęłam go do tyłu zapobiegając opuszczeniu domu przez jego osobę.
- Czekaj.- spojrzał na mnie wyczekująco, a ja zamiast spojrzeć mu prosto w twarz uciekłam wzrokiem w bok- Ja... ja...Chciałam Ciebie... No ten... Bo wiesz...- zaczęłam się jąkać.
- Widzę, że nie masz mi nic do powiedzenia- powiedział zdenerwowany i wyrwał mi się.
- Nawet nie wiesz jak dużo mam do powiedzenia...- szepnęłam i spuściłam głowę.
- Co mówiłaś?
-Że nawet nie wiesz jak dużo mam do powodzenia- powiedziałam ciut głośniej, a moje skarpetki nagle zrobiły się niezwykle intrygujące. Poczułam jak po moim policzku spłynęła pojedyncza łza, która wyznaczając szlak na moim policzku skapnęła na ziemię. Poczułam kogoś rękę na ramieniu, a potem mocny uścisk. Harry nic nie mówił po prostu staliśmy w milczeniu na środku przedpokoju przytulając się. Po kilku minutach lekko oderwałam się od Harrego i spojrzałam na niego onieśmielona.
- Chciałam Ciebie przeprosić za moje wcześniejsze za chowanie...- na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Ja też Ciebie przepraszam. Amelia wspominała, że masz jakiś problem i jest Tobie ciężko. Powinienem spróbować chociaż Ciebie zrozumieć.- wyjaśnił. Mimowolnie uśmiechnęłam się co od kilku dni było rzadkością.- Czy Ty się właśnie uśmiechnęłaś?- zapytał triumfalnie, a ja się zaśmiałam- W dodatku śmiejesz się! Ja od dziecka byłem cudotwórcą!- uniósł do góry ręce z dumą.
- Skromnością też nie grzeszysz.- stwierdziłam.
- Trzeba być pewnym siebie, Viv.- powiedział z przekonaniem.
- Jest 18, a makowce same się nie zrobią.- przypomniałam o świątecznych przysmakach, kierując się w stronę kuchni.
- Wiem, ale czegoś tutaj brakuje...- powiedział z namysłem i poszedł w przeciwnym kierunku, do salonu. Po kilku sekundach w domu rozbrzmiała pierwsza nuta piosenki Michaela Buble It’s Beginning To Look A Lot Like Christmas- Teraz jesteśmy gotowi do robienia makowców.- stwierdził Harry wkraczając pewnym krokiem do kuchni- No więc dobrze, co my tu mamy.- rozglądnął się dookoła i spojrzał z zaciekawieniem na mnie. 
- Nie gadaj, że nigdy wcześniej nie robiłeś makowca...- powiedziałam lekko przestraszona.
- Skądże znowu!- podniósł ręce do góry w celu zaprzeczenia- Ja nic takiego nie mówiłem, to Ty wymyślasz jakieś herezje i nierealne rzeczy. Ja? Nie robiłem makowca? Jestem w tym mistrzem. Przecież pracowałem w piekarni...
- Styles.- przerwałam- Nie pieprz mi tutaj głupot.- zaśmiałam się.
- Ja nic nie pieprzę!- zaśmiałam się mimowolnie, odnajdując drugie znaczenie tego zdania, a Harry zrobił to samo- Może źle ująłem to... Ej! Zboczeńcu!
- Ja nic nie powiedziałam!- broniłam swój honor- Ale skoro jesteś mistrzem w makowcach , to proszę bardzo, pokaż mi jak to robisz.- na te słowa Harremu zrzedła mina, a ja wybuchłam śmiechem siadając na blacie.
- Nie śmiej się, zaraz Ci pokażę na co mnie stać!- podwinął rękawy swojej czerwonej kraciastej koszuli i niepewnie sięgnął po kolejny kawałek ciasta i zaczął go wałkować. Na jego twarzy wystąpił lekki uśmiech, który po chwili zniknął. Ja po raz kolejny wybuchnęłam śmiechem, o mało co nie zaliczając bliższego spotkania z ziemią. Zobaczyłam błagalny wzrok Harrego. Lekko pohamowałam swoje emocje i spojrzał na to co leżało przed nim. Była to kula ciasta owinięta dookoła wałka.
- Mąki to nie łaska było posypać przed wałkowaniem?- zapytałam retorycznie.
- Wiedziałem, że coś nie pasuje.- założył ręce na piersi i wpatrywał się w tą dziwną masę.
- Cóż, niestety już jest po fakcie i trzeba to jakoś naprawić- zeskoczyłam na podłogę, podwinęłam rękawy i podeszłam do Harrego.- Hmm... Ciężko będzie.- stwierdziłam.
- To jak skończysz to mnie zawołasz.- zaczął zmierzać w kierunku salonu, ale pospiesznie złapałam go za kołnierz koszuli i przyciągnęłam do mnie.
- Nie, nie, nie. Ty mi w tym pomożesz Panie Styles. Ponoć jesteś cudotwórcą. 
- Wykorzystujesz moje słowa przeciwko mnie.
- A i owszem.
- Jesteś okrutną kobietą.
- Wiem. A ty okrutnym mężczyzną. Spójrz co zrobiłeś wałkowi. Wstydź się. Jak tak można.- Harry dziwnie patrzył się na mnie z góry, kiedy ja odprawiałam mój niezbyt inteligentny monolog. Przyłożył mi dłoń do czoła.
- Jezus Vivi! Gorączkę masz!- zaśmiał się- Dobra. Teraz na poważnie co mam zrobić.
- Pomóc mi rozkleić to...to...to...coś?- odparłam nie wiedząc jak nazwać to...coś.
- Okej, okej. Czyli co mam zrobić?
- Spojrzała na niego ze zdziwieniem i walnęła się otwartą ręką w czoło.- powiedziałam sarkastycznie i tak zrobiłam- Ponoć ty w piekarni pracowałeś...- Harry strzelił buraka, a ja pocieszająco poczochrałam go po włosach, przez co był zmuszony do poprawienia fryzury. Poinstruowałam go co ma zrobić i po trzydziestu minutach ciasto i wałek nie były już jednością. Po dwóch godzinach i wielu próbach udało nam się zrobić pięć makowców i wstawić je do piekarnika.
- Yay!!- krzyknął Harry , po czym złapał mnie od tyłu i zaczął kręcić mną dookoła co spowodowało u mnie śmiech.
- Dobra , dobra wystarczy- krzyknęłam- Nie wiedziałam, że zrobienie makowców sprawi Ci taką radochę- zaśmiałam się, kiedy czułam już grunt pod nogami.
- No wiesz. Pierwszy raz udało mi się zrobić coś porządnie.- puścił mi oczko- Która godzina?
- 20 ileś. Nie wiem dokładnie- odparłam obojętnie.
- To może... Ulepimy bałwana?- powiedział z błyskiem w oku.
- Ty tak serio?
- Jak najbardziej! Chodź- pociągnął mnie za rękę na przedpokój i w pośpiechu ubraliśmy się szczelnie w zimowe ubrania i wyszliśmy na dwór. Jak małe dzieci zabraliśmy się do robienia śniegowe człowieka. Po 20 minutach powstała dolna kula, na której umieściłam kolejną, średnią , i ostatnią, najmniejszą. Oddaliłam się parę kroków, aby sprawdzić czy wszystko się zgadza. Mimowolnie uśmiechnęłam się. Po chwili Harry stanął obok ,obejmując mnie ramieniem. Poczułam jego spojrzenie na mojej osobie. Przekręciłam głowę, spotykając jego szmaragdowe spojrzenie. Na jego malinowym , lekko przekrwionych ustach zawitał zawadiacki uśmiech.
- Knujesz coś- stwierdziłam marszcząc brwi.
- Nie. Skądże- zapytał wymijająco- Ty to masz intuicję- zaśmiał się, po czym wziął mnie na ręce.
- Jak mnie wrzucisz...- nie było dane mi dokończyć zdania, kiedy zostałam bezpodstawnie wrzucona w pobliską zaspę śniegu.
- Mówiłaś coś?- wymusił poważną minę, po czym dosłownie tarzał się na ziemi ze śmiechu.
- Że Ciebie zabiję!- wygramolił się z białego puchu , przy okazji lepiąc śnieżkę. Do tego czasu Harry w większym stopniu opanował swoje emocje i stał ' przerażony' na nogach. Tak oto zaczęła się nasza kolejna zimowa zabawa. Bitwa na śnieżki. Kiedy dostałam parę razy w tyłek i twarz, nie trafiając ani razu w Harrego  zaczęłam wątpić w swoją nadludzką siłę. Stanęłam lekko obrażona na cały świat, krzyżując ręce na piersi.
- Ej, Vivi, nie martw się może kiedyś trafisz- zaśmiał się Harry ze swojego żartu.- Może kiedyś!!
- To że jesteś silniejszy i wyższy nie oznacza, że masz nade mną przewagę.
- Och, naprawdę?
- Tak.- zaczęłam zmierzać w stronę drzwi.
- Vivi, nie obrażaj się!- krzyknął bezradnie, ja natomiast weszłam na werandę nie zwracając na niego uwagi- Vivi. Co ty kąbinujesz?- dało się słychać nutkę niepewności w jego głosie. Weszłam do środka zamykając za sobą drzwi wejściowe na zamek. Słyszałam jak Harry desperacko dobijał się do drzwi. Ja natomiast machałam do niego z małego okienka.
- Zimno mi!- krzyknął
- Co mówisz? Nie słyszę!- zachichotałam, nagle w oddali zaczęłam słyszeć piski dziewczyn.- Oj...- szepnęłam. Pospiesznie otworzyłam drzwi i wpuściłam czerwonego z zimna Harrego. Spojrzał na mnie mordującym wzrokiem.
- Nadchodzi fala napalonych dziewczyn. Wiesz jak by Ciebie rozgrzały?- zaśmiałam się, Hazz też nie wytrzymał i zaczął się śmiać razem ze mną.
- Pewnie trzymałabyś mnie tam jeszcze dłużej gdyby nie to ,nie?
- Prawdopodobnie tak. Gdzie one pobiegły?- spojrzałam przez okno, śledząc wzrokiem za grupką naprawdę napalonych nastolatek.
- Gemma jechała moim autem. Pewnie myślały, że to ja.- odpowiedział ponuro.
- Jak chcesz możesz u nas przenocować jedną noc.- Harry spojrzał na mnie wielkimi oczami, pełnymi zdziwienia- No nie pozwolę, żeby Ciebie tam zafankowały na śmierć.
- To jest w ogóle takie słowo?- zaśmiał się
- Czepiasz się. Herbaty?
- Chętnie.
******************************
Tak, oto powstał IV rozdział. Cóż ,wiem , że atmosfera jest nieadekwatna do pogody, ale zaczęłam pisać go w grudniu. Przepraszam ,że tak bardzo zaniedbałam tą historię. Nie wiem jak się wytłumaczyć z tego błędu. Jak każdy człowiek mam pewne kłopoty. Zdarzają się dobre i złe dni, ale nie mogę porzucać mojej pasji. Przez pewien czas myślałam ,że nie wrócę już tutaj, że tego jest za wiele. Nie poddałam się. Jestem tu. Silniejsza niż wcześniej, z nowymi pomysłami. Mam nadzieję, że to docenisz kochany Czytelniku.
Robię to dla Ciebie, 
Victoria Midori xx

wtorek, 22 stycznia 2013

Rozdział III

Na swojej twarzy poczułam przyjemne promienie porannego słońca. Powoli otworzyłam powieki, a moim oczom ukazał się stojący nade mną Chester.
- Cześć psiaku- zaśmiałam się- Nie chcę Ci przeszkadzać ,ale przygniatasz mi nogę , wiesz?- powiedziałam, na co pupil zareagował polizaniem mojej twarzy- Chester! - zaśmiałam się- Wystarczy! Nie jestem Twoim śniadaniem!- pies spojrzał na mnie wesołym wzrokiem i zeskoczył z łóżka. Podniosłam się do pozycji siedzącej i wyciągnęłam się porządnie. Dało się słyszeć strzykanie kości. Ech, starość nie radość. Spojrzałam na zegarek w komórce. 11.25. Co? Boże , nigdy tak długo nie spałam. Leniwie wyszłam z łożka i zeszłam na dół.
- Chester! Uważaj- skarciłam psa kiedy zaplątał mi się pod nogami.
- Widzę, że wstała śpiąca królewna- zaśmiała się uradowana Amelia.
- Gdyby nie żywy budzik to prawdopodobnie spałabym do 12- odparłam- Gdzie idziesz? - zapytałam kiedy zauważyłam iż mój Anioł jest ubrany szczelnie w płaszcz ,czapkę i buty zimowe.
- Do sklepu. Zabrakło mi maku, a jutro są święta. W kuchni są gofry- puściła mi oczko i wyszła.
- To co? Zostaliśmy sami- ukucnęłam przy psie i poczochrałam po łbie, na co zaregowałam śmiesznym mruknięciem wyrażającym jego niezadowolenie. Zaśmiałam się pod nosem i pokierowałam się do kuchni w której miały na mnie czekać najlepsze gofry na całym bożym świecie. Gdy przekroczyła próg kuchni ,wmurowało mnie. Jak się okazało , nie byliśmy sami w domu. Na blacie stał jakiś chłopak ,który majsterkował coś przy kuchennej szafce, a konkretniej przy jej drzwiach. Na początku myślałam, że to jakiś złodziej, ale kiedy przeanalizowałam sytuację w jakiej się znajdowałam, to z tego co wiem złodzieje nie kradną drzwi od szafek...
- Ekhm...- odrząknęłam głośno, aby zwrócić swoją uwagę. Chłopak z burzą loków podskoczył wystraszony tracąc przy tym równawgę co wiązało się z bliżym spotkaniem z podłogą. Nastolatek pospiesznie wstał z ziemi, potrzepał włosy i zarzucił grzywkę na lewą stronę. Jego wzrok skierował się na mnie. Na początku jego twarz wyrażała gniew, lecz gdy bardziej mi się przyjrzał , jego mimika wykazywała zdziwienie.
- Wnioskując z twojego zachowania pierwszy chyba nie raczysz się odezwać tak więc, dzieńdobry- powiedziałam rozbawiona, a zarazem podirytowana tą sytuacją.
- Yym. Cześć- odparł zbity z pantałyku- Ty pewnie jesteś Vivi... Harry- podszedł do mnie i wyciągnął dłoń. Spojrzałam na nią ze zdziwieniem- Zazwyczaj ludzie uściskają sobie dłoń na przywitanie- odparł.
- Albo sobie w nie plują- powiedziałam patrząc mu w oczy koloru zielonego, można by powiedzieć nawet, że miały odcień
szmaragdu.
- Sądząc po Twoim wcześniejszym zachowaniu ty zapewne tak robisz- powiedział ze smutkiem w głosie.
- O czym ty mówisz?
- No tak , to oczywiste, że mnie nie rozpoznałaś. Podczas naszego pierwszego spotkania byłem zakapturzony...- skrzyżował ręce na piersi i spojrzał na mnie okarżycielskim wzrokiem.
- Nie patrz na mnie tak jakbym Ci rodzinę zamordowała- prychnęłam wymijając go. Usiadałam przy wysepce i spojrzałam na gofry. Harry usiadł na przeciwko mnie podpierając się na łokciu.
- Ty wtedy tak na mnie patrzyłaś.
- Okej. Wiem co się kroi. Teraz mi będziesz wypominać moje zachowanie? Wy, mężczyźni jesteście bardzo przewidywalni. A tak w ogóle to mnie nawet nie znasz, więc się odczep- powiedziałam zaciskając pięści.
- Okej- uniósł ręce do góry w geście poddania się. Odszedł od stołu i wrócił do swojego poprzedniego zajęcia- Tak przy okazji, ładne wdzianko- puścił do mnie oczko wchodząc na blat. Wściekła odsunęłam się od wysepki i pobiegłam do pokoju. Zatrzasnęłam za sobą drzwi i podeszłam do okna. Spojrzałam na okolicę spowitą białym puchem, nazywanym śniegiem. Homes Chapel najpiękniej wyglądało zimą oraz wiosną, kiedy wszystko na nowo rozkwita i ożywia. Odetechnęłam zmęczona. Odeszłam od okna i podeszłam do walizek. Czas się wziąć do roboty. Wyjęłam wszystkie moje ubrania i zaczęłam układać je do szafy.

Usłyszałam ciche pukanie.
- Proszę- odparłam,a po pokoju rozległo się ciche skrzypnięcie drzwi. Wyjęłam głowę z szafy i spojrzałam w stronę osoby, która weszła- Amelia! W końcu wróciłaś- przytuliłam ją mocno na przywitanie. Spojrzałam na nią...
-Co się stało? Dlaczego jesteś taka smutna? - zapytałam.
- Co się z Tobą dzieje złotko? Czemu potraktowałaś tak Harrego? Dlaczego jesteś taka nie miła dla ludzi? - spojrzała na mnie swoimi lazurowymi oczami. Ze wstydu spuściłam wzrok.
- Nie wiem... Znaczy się wiem, ale... Bo to wszystko jest takie... Ja już nie rozumiem...- zaczęłam się plątać. Amelia przygarnęła mnie do siebie przytulając mocno.
- Myszko, tak nie można. Nie możesz wyżywać się na ludziach. Szczególnie na Harrym. On i tak zaznał wiele złego w świecie show biznesu. Kiedy przyjeżdża tutaj , do Holmes Chapel, staramy się aby odpoczął. Aby znów poczuł się jak zwyczajny nastolatek.
- Zwyczajne nastolatki mają ciężkie życie- westchnęłam.
- Co się stało? Nie jesteś tą Vivi, którą pamiętam. Nie jesteś szczęśliwa...- powiedziała zmartwiona.
- Naprawdę chcesz wiedzieć?- zapytałam ,aby się upewnić.
- Tak.
- No więc...

Opowiedziałam jej wszystko. Od początku do końca. Jak mnie okropnie wykorzystano. Kiedy,gdzie i kto. Podzieliłam się z nią wszystkim. Moim najskrytszym sekretem, najciemniejszym z ciemniejszych. Zrozumiała mnie.
- Nie pozwolę im Ciebie odebrać. Tutaj będziesz bezpieczna- ucałowała mnie w czoło- Chyba muszę odwołać dzisiejszą kolację.
- Jaką kolację? - zapytałam zaciekawiona.
- Z Richardem- zaczerwieniła się.
- Masz iść! Bez dyskusji! O której masz tą randkę?
- To nie randka!
- Nie wciskaj mi kitu- zaśmiałam się.
- O 17.
- To idziemy zrobić z Ciebie seksbombę - pocięgnęłam ją do jej pokoju , na co zareagowała śmiechem.
********************
Przedstawiam Ci mój czytelniku trzeci rozdział, który powstał pod wpływem mojej rzadkiej weny. Mam nadzieję, że go docenisz.
Twoja
Victoria Midori

sobota, 19 stycznia 2013

Rozdział II

 Wzięłam kolejny łyk lawendowo - waniliowej herbaty, która przypominała mi wieczory z dzieciństwa, kiedy siadłyśmy razem z Amelią oraz mamą przy kominku i piłyśmy właśnie tą herbatę przegryzając kocie języczki, śmiejąc się do rozpuku. Niestety teraz, jak na razie, nie mam powodu, aby powrócić do tego stanu beztroski. Zresztą kto by był, gdyby przydarzyłoby mu się to co mi...?
- No, dalej, opowiadaj co tam u Ciebie? Co u mamy i Christian'a? Jak Wam się wiedzie?- zapytała z nieukrywaną ciekawością.
- Wzięli ślub- odparłam sucho- są już 4 miesiące małżeństwem- prychnęłam obojętnie.
- Wiem... Przepraszam , że mnie nie było, ale wiesz, że nie przepadam za Twoim ojczymem, a widok ich ślubu doprowadziłby mnie chyba do zawału...- uśmiech z jej twarzy powoli zaczął znikać.
-  Mnie też na nim nie było... Nie masz się czym martwić. Na Ciebie nie są źli- spuściłam głowę, a po moim policzku spłynęła pojedyncza łza, która wylądowała z herbacie.
- Myszko, czemu płaczesz? Co się stało?- powiedziała przytulając mnie.
- Bo ... Widzisz... Ja...- głos mi się załamał. Nie mogłam nic z siebie wydusić, ale tylko jej mogę powierzyć ten sekret- Ja uciekłam z domu.
- Słucham? Dlaczego? Vivi, co się stało?- powiedziała patrząc mi w oczy.
- Ja już miałam tego dość. Nie mogłam wytrzymać ciągłych kłamstw mamy i Christian'a. Tego, że będziemy szczęśliwą rodziną, bo to gówno prawda. Nie umiałam z nimi usiedzieć jednej minuty. Za wszystko mnie obwiniał, za wszystko. On mnie nienawidzi, zresztą ja jego też. Nastawił wszystkich przeciwko mnie i w dodatku...- przerwałam swoje wywody
- W dodatku...?- ponagliła mnie Amelia
- W dodatku stęskniłam się za Tobą- przytuliłam ją.
- Ja też się za Tobą stęskniłam, ale mam takie wrażenie, że nie powiedziałaś mi wszystkiego...- spojrzała mi w oczy zmartwiona- Wiesz, że mi możesz powiedzieć wszystko.
 - Wiem , ale naprawdę powiedziałam Ci wszystko- skłamałam, a potem obdarzyłam Amelię sztucznym uśmiechem. Amelia pogłaskała mnie po policzku i ucałowała w czoło. Wstała z podłogi i wyszła do kuchni z kubkami po herbacie. Ja zostałam sama, siedząc przy kremowej kanapie w blado różowe różyczki, patrząc w palący się ogień w starym kominku z czerwonej cegły. Po chwili dołączył do mnie Chester. Cicho zaskomlał, po czym ułożył się obok mnie kładąc swój łeb i łapy na moich nogach.
- Co to piesku?- zapytałam go głaszcząc go po głowie- Tęskniłeś za mną?- Chester lekko zamerdał ogonem, jakby mnie rozumiał- Niedługo Święta, zaczniesz w końcu mówić czy znów opłatek pójdzie na marne?- zaśmiałam się, a pies spojrzał na mnie iskrzącymi się oczyma- Czyli, że tak?- odparłam podekscytowana, a Chester zawtórował mi wesołym szczeknięciem- No to super ziomalu, w końcu sobie przeprowadzimy normalny dialog, a nie tak jak w tej chwili- puściłam do niego oczko, a on znów wygodnie się ułożył mi na nogach i zamknął oczy.
- Oj... Chyba wiesz co to oznacza?- zaśmiała się Amelia, stojąc w progu salonu- Teraz Ciebie w ogóle nie puści.
- Czy ja się gdzieś wybieram? Jak na razie zamierzam Was okupować do śmierci- zaśmiałam się, a Chester pomerdał lekko ogonem- Mi się wydaje, czy on wie o czym mówię.
- To mądry pies, zawsze Ciebie rozumiał-powiedziała wzruszona- Chodź pokarzę ci twój pokój- puściła do mnie oczko.
- Moje kingdom?- klasnęłam w dłonie co spowodowało poderwanie się Chestera.
- Tak - zaśmiała się melodyjnie , po czym pomogła mi wstać, wzięła mnie pod rękę i białymi, dębowymi schodami zaprowadziła mnie na piętro. Po chwili stanęłyśmy przed białymi , przetartymi ,dębowymi drzwiami. Ujęłam w dłoń miedzianą gałkę i przekręciłam, co spowodowało otwarcie się skrzypiących drzwi. Weszłam powoli do środka, a za mną Amelia. Nic się nie zmieniło. Ściany nadal były pokryte beżową tapetą w pastelowe rożyczki. Sufit pokoju , jak zwykle, był przystrojony w białe światełka. Między dwoma dużymi oknami znajdowało się białe, antyczne łóżko z baldachimem, pokryte białą kołdrą i pastelowymi poduszkami w przeróżne wzory. Nie zabrakło także biurka, szafy oraz regału wykonanych z białego dębu. Odwróciłam się twarzą do Amelii.
- Kocham Cię!- krzyknęłam rzucając się na nią. Uścisnęłam ją jak najmocniej, aby udowodnić moje uczucia jakie do niej żywię. Spojrzałam w jej szkliste, lecz szczęśliwe oczy.
- Och złotko Ja Ciebie też- uśmiechnęła się promiennie i przetarła oczy skrawkiem koszuli- Jeżeli masz mnie codziennie doprowadzać do płaczu, to nie chcę Ciebie tutaj- zaśmiała się i ucałowała mnie w policzek.
- Nigdy w życiu się mnie nie pozbędziesz- puściłam jej oczko. Amelia znów uśmiechnęła się szeroko.
- Dobranoc, złotko- powiedziała wychodząc.
- Dobranoc- odpowiedziałam. Podniosłam moją walizkę z podłogi i rzuciłam na łóżko. Rozpięłam zamek i otworzyłam ją. Wzięłam piżamę, ręcznik i kosmetyczkę. Kiedy weszłam do przyległej łazienki, zamknęłam się w niej. Przyzwyczajenie. Zatkałam korek w wannie i puściłam ciepłą wodę. Swoje brązowe loki spięłam w niezgrabnego koczka. Zrzuciłam z siebie wszystkie ubrania wraz z bielizną i weszłam do wanny pełnej ciepłej, relaksującej wody. Zanurzając się cała w cieczy, przeszedł mnie dreszcz przyjemności. Zamknęłam oczy i odetchnęłam z ulgą. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Z niewiadomych powodów byłam dumna. Wręcz rozpierała mnie ta Duma. W końcu się urwałam od tego hałasu. Ale czy na pewno to jest powodem mojej decyzji?... Innych mogę oszukiwać, ale nie siebie. Tata zawsze powtarzał, żebym była szczera w stosunku do siebie samej i moich bliskich. Lecz ja już nie mam bliskich, a on wyjechał bez żadnego słowa wyjaśniającego jego ucieczkę (?). Nie wiem jak inaczej nazwać to co zrobił. Wszyscy mnie opuścili. Bo co? Że niby się zmieniłam? Tak. Zmieniłam się. Tak, jak każdy z nas. Ale czy to zawsze mnie trzeba obarczać wszelkimi problemami, obwiniać? Ponoć sama się o to prosiłam. Dawałam mu znaki. Prowokowałam. Jemu? Chciałby! Ale jak już wspominałam, ja jestem 16 letnią smarkulą, która lubi być rebelką i to zawsze moja wina. Co się stało? Ten obleś mnie zgwałcił. Kto? Mój ojczym od siedmiu boleści. Zrobił to bez żadnego poczucia winy, bo ja jestem sprawczynią. To ja do tego doprowadziłam. Ja go kusiłam. Jak Ewa Adama. Ja jestem winna temu grzechu. Wszyscy uwierzyli mu. Nie mi, lecz mu.

- Nie widzisz, że ona kłamie?! Ta smarkula perfidnie kłamie!- krzyknął. Moja mama nadal nie wiedziała co myśleć, co czuć. To wszystko stało się tak nagle.
- Spierdalaj świnio!- krzyknęłam- Uważasz, że moja mama przyzna Ci rację? 
- To nie ja kryłem narkotyki, szlugi i Bóg wie co!
- Ty jeszcze masz czelność przywoływać Boga po tym co zrobiłeś?!
- Vivi. Nie rozumiem co zamierzasz swoim zachowaniem- wtrąciła się nagle mama- Dlaczego obwiniasz wszystkich dookoła za swoje błędy?- powiedziała spokojnie.
- Ale mamo! On mnie zgwałcił! Rozumiesz? W dzień Waszego ślubu! Czy ty tego nie pojmujesz?! 
- Masz jakieś dowody?- zapytała mnie mama
- Słucham? Nie wierzysz mi?!- po moim policzku zaczęły płynąć łzy- Jak tak możesz...- spytałam prawie szeptem.
- Odkąd tata nas opuścił dzień w dzień mnie okłamujesz. Nie tylko mnie. Wszystkich. Niszczysz miłą atmosferę. Łudzisz się , że po tym co zrobiłaś ja Ci zaufam? Nie. Twoje przyjaciółki Ci nie uwierzyły, to próbujesz przeciągnąć mnie na swoją stronę... Tak nie można.

Poczułam słone łzy na moich policzkach, które pospiesznie starłam. Otworzyłam powoli oczy. Rozejrzałam się dookoła, sprawdzając czy jestem sama.
- Nic mi się nie stanie. Nie tutaj. Jestem bezpieczna- powtarzałam jak mantrę. Wyszłam z wanny i opatuliłam się puszystym ręcznikiem. Podeszłam do zaparowanego lustra i przetarłam ręką. Zobaczyłam swoje odbicie. Odbicie zmęczonej , wychudzonej i nieszczęśliwej dziewczyny. Spróbowałam się uśmiechnąć co zakończyło się klęską. Nie umiem. Zrezygnowana sięgnęłam po szczoteczkę do zębów. Namoczyłam ją pod zimną wodą i nałożyłam na nią pastę. Zaczęłam powoli i dokładnie myć zęby. W tym samym czasie ubrałam niebieskie piżamowe spodnie w żółte kaczki i szarą bluzę.Rozpuściłam włosy sięgające mi do łokci i przeczesałam je szczotką.Wyplułam zawartość buzi do zlewy. Otworzyłam drzwi i wyszłam do pokoju. Zdjęłam z łóżka walizkę i wskoczyłam pod kołdrę. Okryłam się szczelnie, zamknęłam oczy po czym usnęłam zmęczona najgorszym, a zarazem najlepszym dniem mojego życia.
*************************************
W końcu napisałam 2 rozdział! Ach. Jestem z siebie dumna :) Od kilku tygodni siedziałam i nie wiedziałam co napisać. Do dzisiaj. Chyba fakt iż zaczęły się moje upragnione ferie zmotywował do napisania tego rozdziału :) Mam nadzieję, że się spodoba.
Victoria Hazel