sobota, 13 kwietnia 2013

Rozdział IV

- Ale ja nie mogę iść, jest tyle do zrobienia w domu- jęczała od pół godziny Amelia.
- Masz zamiar porzucić swoje szanse na szczęście tak jak ja? Poza tym. Spójrz w lustro. Chcesz zmarnować takie dzieło sztuki?- Chester zawtórował szczeknięciem- Widzisz? Nawet pies jest po mojej stronie- zaśmiałam- A co do gotowania, to nie jestem aż tak niedorozwinięta, żebym nie zrobić makowca czy inny świątecznych potraw. Przecież uczyłam się od mistrzyni- puściłam jej oczko.
-Ale...- spojrzałam na nią złowieszczo, a husky zawarczał lekko- No dobra, dobra. Pójdę! Zadowoleni?- uśmiechnęła się radośnie.
- Ty wiesz jak uszczęśliwić człowieka- zaśmiałam się.
- Tylko mi domu nie spal- pogroziła mi palcem.
- Ja? No ty chyba żartujesz! Ja jestem urodzonym szefem kuchni- zaczęłam się śmiać ze swoich własnym słów.
- No dobrze, ale przyślę Ci kogoś do pomocy.
- Chyba wiem kto będzie moim pomocnikiem...
- Bez dąsów- dotknęła mojego nosa. Pospiesznie ubrała płaszcz, buty i beret- Będę o 22, ale gdyby coś się działo , to dzwoń.
-Dam sobie radę- zapewniłam.
- To dobrze, myszko- ucałowała mnie w czoło i wyszła. Włączyłam na cały regulator Jay-z No church in the wild. Po chwili ogarnęło mnie uczucia samotności. Rozglądnęłam się po dużym pokoju. Nikogo. Żadnej żywej duszy, oprócz mojego towarzysza Chestera. Amelia obiecała kogoś przysłać, a ja już wiem kim będzie Ten Ktoś... Nikt inny jak Harry Styles. Część mnie chce aby tu był, a druga życzy mu najgorszych rzeczy... Od trzech miesięcy mam w sobie pewny stosunek do mężczyzn. Każda istota rodzaju męskiego wzbudza we mnie odrazę i odpycha. Próbuję trzymać się od nich z daleka. Od 16 września godziny 23.43 mężczyźni to dla mnie oznaka zła, nieszczęścia i bólu. Tak, niestety zapamiętałam datę, a nawet godzinę tego feralnego zajścia. Wydarzenia , które dosłownie wywróciło moje, dotychczas w miarę znośne, życie o 180 stopni. Wszystko się zmieniło. Moje poglądy, uczucia, sposób myślenia , a najbardziej charakter i zachowanie. Z miłej i uprzejmej dziewczyny zmieniłam się w bezduszną, ukrywającą swoje uczucia, nie umiejącą zaufać istotę. Z zewnątrz jestem człowiekiem, nastolatką, kobietą. W środku jestem zepsutą, połamaną zabawką, a nawet marionetką, która bez czyiś rad nie da rady. Stanęłam przed lustrem spoglądając w swoje zielone oczy. Złamano mnie tak łatwo. Trudniej z odbudową, przywróceniem sprawności... Otrząsnęłam się ze swoich przemyśleń, wracając do rzeczywistości. Ponownie spojrzałam w lustro. Uśmiechnęłam się pod nosem zauważając iż nadal jestem przyodziana w piżamę. Podeszłam do szafy. Po chwili zastanowienia wybrałam czarny dziany sweter oraz marmurkowe jeasny z małymi czarnymi krzyżykami. Włosy uczesałam w wysoki kucyk. Zeszłam na dół i wpadłam do kuchni. Okej, farsz do makowca gotowy. Zajrzałam do lodówki. Ciasto też. Nie pozostaje w takim razie nic innego jak podwinąć rękawy i wziąć się do roboty! Ciasto podzieliłam na 4 porcje. Rozgrzałam piekarnik i  rozsypałam mąkę na blacie po czym rozpoczęłam wałkowanie. Wylałam mak na środek, brzegi wysmarowałam białkiem jajka i zaczęłam powoli i delikatnie zawijać. Yay! Udało mi się. Głupi zawsze ma szczęście. A moja głupota przekracza wszelkie granice. Usłyszałam dzwonek do drzwi, w efekcie czego ze strachu wysypałam na siebie połowę szklanki mąki. Zabije, uduszę, zakopię, odkopię, poćwiartuję i znów zakopię. Z grymasem na twarzy otworzyłam frontowe drzwi. Kiedy zobaczyłam mojego nieoczekiwanego, a jednak oczekiwanego, gościa, przypomniałam sobie obietnice Amelii.
- Cześć Harry...- powiedziałam nieśmiało, a on tylko się uśmiechał. Uniosłam lekko brew do góry, uświadamiając mu, że dziwnie się zachowuje.
- Cześć Vivi, yyy, mogę tak na Ciebie mówić?- pokiwałam twierdząco głową- Yyymm, mogę wejść?
- A tak jasne.- odsunęłam się lekko w bok, a kiedy Szanowny Pan Styles wkroczył na posesję, zamknęłam drzwi.
- Chyba pomyliłaś święta- zaśmiał się, a ja stałam zbita z pantałyku- Halloween było w październiku. Nie musisz robić z siebie ducha- wyjaśnił, a ja zaśmiałam się przypominając sobie iż jestem cała wysmarowana mąką. Szybko wytarłam ją z buzi.
- Nie próbuj być śmieszny.- powiedziałam znudzona.
- Ok, w takim razie mogę już wyjść, widzę, że nie chcesz zacząć od nowa.- zmierzył do drzwi. Co ja robię?! Dostaję drugą szansę i wszystko spieprzam. Złapałam go za łokieć i pociągnęłam go do tyłu zapobiegając opuszczeniu domu przez jego osobę.
- Czekaj.- spojrzał na mnie wyczekująco, a ja zamiast spojrzeć mu prosto w twarz uciekłam wzrokiem w bok- Ja... ja...Chciałam Ciebie... No ten... Bo wiesz...- zaczęłam się jąkać.
- Widzę, że nie masz mi nic do powiedzenia- powiedział zdenerwowany i wyrwał mi się.
- Nawet nie wiesz jak dużo mam do powiedzenia...- szepnęłam i spuściłam głowę.
- Co mówiłaś?
-Że nawet nie wiesz jak dużo mam do powodzenia- powiedziałam ciut głośniej, a moje skarpetki nagle zrobiły się niezwykle intrygujące. Poczułam jak po moim policzku spłynęła pojedyncza łza, która wyznaczając szlak na moim policzku skapnęła na ziemię. Poczułam kogoś rękę na ramieniu, a potem mocny uścisk. Harry nic nie mówił po prostu staliśmy w milczeniu na środku przedpokoju przytulając się. Po kilku minutach lekko oderwałam się od Harrego i spojrzałam na niego onieśmielona.
- Chciałam Ciebie przeprosić za moje wcześniejsze za chowanie...- na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Ja też Ciebie przepraszam. Amelia wspominała, że masz jakiś problem i jest Tobie ciężko. Powinienem spróbować chociaż Ciebie zrozumieć.- wyjaśnił. Mimowolnie uśmiechnęłam się co od kilku dni było rzadkością.- Czy Ty się właśnie uśmiechnęłaś?- zapytał triumfalnie, a ja się zaśmiałam- W dodatku śmiejesz się! Ja od dziecka byłem cudotwórcą!- uniósł do góry ręce z dumą.
- Skromnością też nie grzeszysz.- stwierdziłam.
- Trzeba być pewnym siebie, Viv.- powiedział z przekonaniem.
- Jest 18, a makowce same się nie zrobią.- przypomniałam o świątecznych przysmakach, kierując się w stronę kuchni.
- Wiem, ale czegoś tutaj brakuje...- powiedział z namysłem i poszedł w przeciwnym kierunku, do salonu. Po kilku sekundach w domu rozbrzmiała pierwsza nuta piosenki Michaela Buble It’s Beginning To Look A Lot Like Christmas- Teraz jesteśmy gotowi do robienia makowców.- stwierdził Harry wkraczając pewnym krokiem do kuchni- No więc dobrze, co my tu mamy.- rozglądnął się dookoła i spojrzał z zaciekawieniem na mnie. 
- Nie gadaj, że nigdy wcześniej nie robiłeś makowca...- powiedziałam lekko przestraszona.
- Skądże znowu!- podniósł ręce do góry w celu zaprzeczenia- Ja nic takiego nie mówiłem, to Ty wymyślasz jakieś herezje i nierealne rzeczy. Ja? Nie robiłem makowca? Jestem w tym mistrzem. Przecież pracowałem w piekarni...
- Styles.- przerwałam- Nie pieprz mi tutaj głupot.- zaśmiałam się.
- Ja nic nie pieprzę!- zaśmiałam się mimowolnie, odnajdując drugie znaczenie tego zdania, a Harry zrobił to samo- Może źle ująłem to... Ej! Zboczeńcu!
- Ja nic nie powiedziałam!- broniłam swój honor- Ale skoro jesteś mistrzem w makowcach , to proszę bardzo, pokaż mi jak to robisz.- na te słowa Harremu zrzedła mina, a ja wybuchłam śmiechem siadając na blacie.
- Nie śmiej się, zaraz Ci pokażę na co mnie stać!- podwinął rękawy swojej czerwonej kraciastej koszuli i niepewnie sięgnął po kolejny kawałek ciasta i zaczął go wałkować. Na jego twarzy wystąpił lekki uśmiech, który po chwili zniknął. Ja po raz kolejny wybuchnęłam śmiechem, o mało co nie zaliczając bliższego spotkania z ziemią. Zobaczyłam błagalny wzrok Harrego. Lekko pohamowałam swoje emocje i spojrzał na to co leżało przed nim. Była to kula ciasta owinięta dookoła wałka.
- Mąki to nie łaska było posypać przed wałkowaniem?- zapytałam retorycznie.
- Wiedziałem, że coś nie pasuje.- założył ręce na piersi i wpatrywał się w tą dziwną masę.
- Cóż, niestety już jest po fakcie i trzeba to jakoś naprawić- zeskoczyłam na podłogę, podwinęłam rękawy i podeszłam do Harrego.- Hmm... Ciężko będzie.- stwierdziłam.
- To jak skończysz to mnie zawołasz.- zaczął zmierzać w kierunku salonu, ale pospiesznie złapałam go za kołnierz koszuli i przyciągnęłam do mnie.
- Nie, nie, nie. Ty mi w tym pomożesz Panie Styles. Ponoć jesteś cudotwórcą. 
- Wykorzystujesz moje słowa przeciwko mnie.
- A i owszem.
- Jesteś okrutną kobietą.
- Wiem. A ty okrutnym mężczyzną. Spójrz co zrobiłeś wałkowi. Wstydź się. Jak tak można.- Harry dziwnie patrzył się na mnie z góry, kiedy ja odprawiałam mój niezbyt inteligentny monolog. Przyłożył mi dłoń do czoła.
- Jezus Vivi! Gorączkę masz!- zaśmiał się- Dobra. Teraz na poważnie co mam zrobić.
- Pomóc mi rozkleić to...to...to...coś?- odparłam nie wiedząc jak nazwać to...coś.
- Okej, okej. Czyli co mam zrobić?
- Spojrzała na niego ze zdziwieniem i walnęła się otwartą ręką w czoło.- powiedziałam sarkastycznie i tak zrobiłam- Ponoć ty w piekarni pracowałeś...- Harry strzelił buraka, a ja pocieszająco poczochrałam go po włosach, przez co był zmuszony do poprawienia fryzury. Poinstruowałam go co ma zrobić i po trzydziestu minutach ciasto i wałek nie były już jednością. Po dwóch godzinach i wielu próbach udało nam się zrobić pięć makowców i wstawić je do piekarnika.
- Yay!!- krzyknął Harry , po czym złapał mnie od tyłu i zaczął kręcić mną dookoła co spowodowało u mnie śmiech.
- Dobra , dobra wystarczy- krzyknęłam- Nie wiedziałam, że zrobienie makowców sprawi Ci taką radochę- zaśmiałam się, kiedy czułam już grunt pod nogami.
- No wiesz. Pierwszy raz udało mi się zrobić coś porządnie.- puścił mi oczko- Która godzina?
- 20 ileś. Nie wiem dokładnie- odparłam obojętnie.
- To może... Ulepimy bałwana?- powiedział z błyskiem w oku.
- Ty tak serio?
- Jak najbardziej! Chodź- pociągnął mnie za rękę na przedpokój i w pośpiechu ubraliśmy się szczelnie w zimowe ubrania i wyszliśmy na dwór. Jak małe dzieci zabraliśmy się do robienia śniegowe człowieka. Po 20 minutach powstała dolna kula, na której umieściłam kolejną, średnią , i ostatnią, najmniejszą. Oddaliłam się parę kroków, aby sprawdzić czy wszystko się zgadza. Mimowolnie uśmiechnęłam się. Po chwili Harry stanął obok ,obejmując mnie ramieniem. Poczułam jego spojrzenie na mojej osobie. Przekręciłam głowę, spotykając jego szmaragdowe spojrzenie. Na jego malinowym , lekko przekrwionych ustach zawitał zawadiacki uśmiech.
- Knujesz coś- stwierdziłam marszcząc brwi.
- Nie. Skądże- zapytał wymijająco- Ty to masz intuicję- zaśmiał się, po czym wziął mnie na ręce.
- Jak mnie wrzucisz...- nie było dane mi dokończyć zdania, kiedy zostałam bezpodstawnie wrzucona w pobliską zaspę śniegu.
- Mówiłaś coś?- wymusił poważną minę, po czym dosłownie tarzał się na ziemi ze śmiechu.
- Że Ciebie zabiję!- wygramolił się z białego puchu , przy okazji lepiąc śnieżkę. Do tego czasu Harry w większym stopniu opanował swoje emocje i stał ' przerażony' na nogach. Tak oto zaczęła się nasza kolejna zimowa zabawa. Bitwa na śnieżki. Kiedy dostałam parę razy w tyłek i twarz, nie trafiając ani razu w Harrego  zaczęłam wątpić w swoją nadludzką siłę. Stanęłam lekko obrażona na cały świat, krzyżując ręce na piersi.
- Ej, Vivi, nie martw się może kiedyś trafisz- zaśmiał się Harry ze swojego żartu.- Może kiedyś!!
- To że jesteś silniejszy i wyższy nie oznacza, że masz nade mną przewagę.
- Och, naprawdę?
- Tak.- zaczęłam zmierzać w stronę drzwi.
- Vivi, nie obrażaj się!- krzyknął bezradnie, ja natomiast weszłam na werandę nie zwracając na niego uwagi- Vivi. Co ty kąbinujesz?- dało się słychać nutkę niepewności w jego głosie. Weszłam do środka zamykając za sobą drzwi wejściowe na zamek. Słyszałam jak Harry desperacko dobijał się do drzwi. Ja natomiast machałam do niego z małego okienka.
- Zimno mi!- krzyknął
- Co mówisz? Nie słyszę!- zachichotałam, nagle w oddali zaczęłam słyszeć piski dziewczyn.- Oj...- szepnęłam. Pospiesznie otworzyłam drzwi i wpuściłam czerwonego z zimna Harrego. Spojrzał na mnie mordującym wzrokiem.
- Nadchodzi fala napalonych dziewczyn. Wiesz jak by Ciebie rozgrzały?- zaśmiałam się, Hazz też nie wytrzymał i zaczął się śmiać razem ze mną.
- Pewnie trzymałabyś mnie tam jeszcze dłużej gdyby nie to ,nie?
- Prawdopodobnie tak. Gdzie one pobiegły?- spojrzałam przez okno, śledząc wzrokiem za grupką naprawdę napalonych nastolatek.
- Gemma jechała moim autem. Pewnie myślały, że to ja.- odpowiedział ponuro.
- Jak chcesz możesz u nas przenocować jedną noc.- Harry spojrzał na mnie wielkimi oczami, pełnymi zdziwienia- No nie pozwolę, żeby Ciebie tam zafankowały na śmierć.
- To jest w ogóle takie słowo?- zaśmiał się
- Czepiasz się. Herbaty?
- Chętnie.
******************************
Tak, oto powstał IV rozdział. Cóż ,wiem , że atmosfera jest nieadekwatna do pogody, ale zaczęłam pisać go w grudniu. Przepraszam ,że tak bardzo zaniedbałam tą historię. Nie wiem jak się wytłumaczyć z tego błędu. Jak każdy człowiek mam pewne kłopoty. Zdarzają się dobre i złe dni, ale nie mogę porzucać mojej pasji. Przez pewien czas myślałam ,że nie wrócę już tutaj, że tego jest za wiele. Nie poddałam się. Jestem tu. Silniejsza niż wcześniej, z nowymi pomysłami. Mam nadzieję, że to docenisz kochany Czytelniku.
Robię to dla Ciebie, 
Victoria Midori xx

4 komentarze: